Wraki na dnie Bałtyku. Niemieckie statki zostawiły po wojnie tykającą bombę
Na dnie Bałtyku spoczywają tysiące wraków, a część z nich wciąż stanowi zagrożenie dla środowiska. Szczególnie niebezpieczne są niemieckie jednostki zatopione podczas II wojny światowej, w których mogą znajdować się setki lub tysiące ton paliwa. Problem jest znany od lat, ale jego rozwiązanie pozostaje jednym z najtrudniejszych wyzwań dla państw leżących nad Bałtykiem.
Bałtyk skrywa historię, której nie widać z plaży. Pod powierzchnią wody znajdują się pozostałości po wojnach, katastrofach i zatopionych jednostkach. Wiele z nich rdzewieje od dziesięcioleci, a wraz z upływem czasu rośnie ryzyko, że znajdujące się w ich zbiornikach substancje przedostaną się do morza.
Szacunki dotyczące liczby wraków na Bałtyku sięgają nawet 8–10 tysięcy jednostek. Co najmniej około 100 z nich uznaje się za szczególnie niebezpieczne ze względu na możliwość występowania paliwa lub innych substancji szkodliwych. Część znajduje się na polskich wodach.
Największe emocje budzą dwa wraki – Franken i Stuttgart.
Niemieckie wraki na dnie Bałtyku. Problem, który został po wojnie

Historia wielu niebezpiecznych wraków na polskim Bałtyku jest bezpośrednio związana z II wojną światową i działaniami niemieckiej Kriegsmarine. Jednostki należące do Niemiec były zatapiane w końcowej fazie wojny, a część z nich miała na pokładach znaczne ilości paliwa.
Dzisiaj konsekwencje tych wydarzeń ponosi przede wszystkim środowisko naturalne oraz państwa, które muszą monitorować stan wraków znajdujących się na swoich wodach. Z perspektywy czasu problem jest szczególnie trudny, ponieważ konstrukcje statków są coraz bardziej skorodowane, a ich zbiorniki mogą przestać być szczelne.
Warto przy tym rozdzielić dwie kwestie. Sam fakt zatopienia jednostki może być dobrze udokumentowany, natomiast twierdzenie, że każdą z nich celowo zatopiono z pełnymi zbiornikami paliwa, wymaga potwierdzenia dla konkretnego wraku. Nie zmienia to jednak faktu, że pozostawione po wojnie niemieckie jednostki mogą dziś stanowić poważne zagrożenie ekologiczne.
Problem ma również wymiar odpowiedzialności historycznej. Niemcy nie prowadzą obecnie kompleksowej operacji oczyszczania wszystkich niemieckich wraków wojennych znajdujących się na polskich wodach. Koszty monitorowania, badań i ewentualnego wydobycia paliwa pozostają więc przede wszystkim po stronie państw nadbałtyckich.
Franken. Na dnie może znajdować się tysiące ton paliwa
Jednym z najgroźniejszych wraków znajdujących się w polskiej części Bałtyku jest Franken. Niemiecki tankowiec został zatopiony w 1945 roku w rejonie Zatoki Gdańskiej, niedaleko Mierzei Helskiej.
To właśnie jego zbiorniki budzą największe obawy ekspertów. Z wcześniejszych analiz wynikało, że we wraku może znajdować się nawet kilka milionów litrów paliwa. Dokumentacja z ekspedycji badawczej prowadzonej w 2018 roku wskazywała natomiast, że część zbiorników pozostawała zamknięta i potencjalnie mogła nadal zawierać paliwo.
Szacunki dotyczące pojemności zachowanych zbiorników sięgały 4608 ton paliwa, podczas gdy w momencie zatonięcia na statku znajdowało się około 2700 ton paliwa, nie licząc zapasów potrzebnych do bieżącego ruchu jednostki.
To pokazuje skalę problemu. Nawet częściowe rozszczelnienie jednego z dużych zbiorników mogłoby doprowadzić do poważnego skażenia dna, a w określonych warunkach również wody i wybrzeża.
Stuttgart już zanieczyszcza Bałtyk
Jeszcze bardziej wymownym przykładem jest Stuttgart, niemiecki statek pasażerski, który podczas wojny został przebudowany na jednostkę szpitalną. Statek zatonął w 1943 roku w rejonie wejścia do portu w Gdyni.
Wrak znajduje się zaledwie kilka kilometrów od gdyńskiego portu. Od lat jest źródłem zanieczyszczenia dna. W jego otoczeniu stwierdzono obecność ciężkiego paliwa oraz metali ciężkich.
Badania prowadzone w kolejnych latach pokazały, że skala skażenia rosła. Według analiz z 2015 roku obszar objęty zanieczyszczeniem związanym z wyciekiem ze Stuttgarta osiągnął około 415 tys. metrów kwadratowych.
W miejscu, w którym zalega mazut, powstała strefa niemal pozbawiona życia. To przykład tego, jak niewielki na początku wyciek może przez lata zmieniać się w poważny problem ekologiczny.
Bałtyk jest szczególnie wrażliwym morzem
Morze Bałtyckie nie przypomina otwartego oceanu. Jest stosunkowo płytkie, niemal całkowicie zamknięte i charakteryzuje się powolną wymianą wód z Morzem Północnym. Zanieczyszczenia mogą więc pozostawać w ekosystemie przez bardzo długi czas.
Dlatego wyciek paliwa z wraku nie musi oznaczać natychmiastowej czarnej plamy widocznej z brzegu. Czasami proces przebiega znacznie wolniej. Niewielkie ilości substancji ropopochodnych mogą przez lata przedostawać się do osadów dennych i stopniowo wpływać na organizmy żyjące w ich pobliżu.
Znacznie groźniejszy scenariusz pojawia się wtedy, gdy skorodowana konstrukcja statku zaczyna się rozpadać. Jeżeli dojdzie wówczas do gwałtownego rozszczelnienia zbiornika, do morza może przedostać się duża ilość paliwa.

Nie tylko paliwo. Na dnie są również amunicja i broń chemiczna
Wraki statków nie są jedynym problemem Bałtyku. Na dnie morza znajdują się również pozostałości amunicji, materiałów wybuchowych oraz substancji chemicznych pochodzących z okresu obu wojen światowych.
Część tych obiektów została zatopiona bezpośrednio po zakończeniu działań wojennych. Problem jest szczególnie poważny w przypadku miejsc, gdzie przez dziesięciolecia zalegały duże ilości materiałów wojskowych.
Korozja zmienia sytuację z każdym kolejnym rokiem. Metalowe obudowy tracą szczelność, a substancje znajdujące się wewnątrz mogą przedostawać się do środowiska.
Bałtyk stał się więc swoistym archiwum XX wieku. Tyle że część tego archiwum jest niebezpieczna.
Kto powinien zapłacić za oczyszczenie niemieckich wraków?
To jedno z najtrudniejszych pytań. Państwa nadbałtyckie muszą przede wszystkim chronić własne wody i wybrzeża. Polska nie może czekać na katastrofę ekologiczną tylko dlatego, że wrak ma niemieckie pochodzenie. Z drugiej jednak strony, powinna mocniej naciskać na naszych zachodnich sąsiadów.
Trudno całkowicie pominąć historyczny kontekst. Wiele niebezpiecznych wraków na polskich wodach to pozostałości niemieckiej floty z okresu II wojny światowej. To konsekwencja wojny, której Polska nie wywołała, a której skutki środowiskowe są odczuwalne do dziś.
Nie oznacza to automatycznie, że współczesne Niemcy mają prosty, jednoznaczny obowiązek prawny wydobycia każdego niemieckiego wraku z Bałtyku. Kwestia odpowiedzialności za wraki wojenne jest znacznie bardziej skomplikowana. Można jednak postawić pytanie o odpowiedzialność historyczną i solidarność finansową.
Tym bardziej że usunięcie paliwa z dużego wraku jest operacją niezwykle kosztowną. Wymaga specjalistycznych statków, nurków, robotów podwodnych, systemów zabezpieczających oraz wielomiesięcznych przygotowań.
Dlaczego nie można po prostu wyciągnąć Frankena na powierzchnię?
Wydobycie wraku nie przypomina podniesienia samochodu za pomocą dźwigu. W przypadku jednostki mającej kilkadziesiąt lub kilkaset metrów długości każda ingerencja w konstrukcję może doprowadzić do jej rozpadu.
Jeszcze większym problemem jest paliwo. Najpierw trzeba dokładnie określić, gdzie się znajduje, w jakim jest stanie i które zbiorniki pozostają szczelne. Następnie konieczne jest opracowanie sposobu jego bezpiecznego wypompowania.
Operacja musi być prowadzona tak, aby nie stworzyć większego zagrożenia niż samo pozostawienie wraku na dnie. Dlatego eksperci coraz częściej mówią o prewencyjnym oczyszczaniu najbardziej niebezpiecznych jednostek, zamiast czekania na katastrofę.
Inne państwa już działają
Problem nie dotyczy wyłącznie Polski. Z podobnymi zagrożeniami mierzą się Finlandia, Szwecja, Dania i inne państwa regionu.
Szwecja stworzyła system identyfikowania wraków szczególnie niebezpiecznych dla środowiska i prowadzi działania związane z ich oczyszczaniem. Finlandia również rozwijała program zarządzania niebezpiecznymi wrakami, obejmujący ocenę ryzyka i usuwanie paliwa z najbardziej problematycznych jednostek.
To ważna wskazówka dla Polski. Zamiast reagować dopiero wtedy, gdy ropa pojawi się na powierzchni Bałtyku, można wcześniej ustalić listę najbardziej niebezpiecznych wraków i systematycznie zmniejszać związane z nimi ryzyko.
Co stanie się z paliwem znajdującym się we wrakach?
Największym problemem jest czas. Każdy rok oznacza dalszą korozję konstrukcji.
Nie wiadomo, kiedy konkretny zbiornik przestanie być szczelny. Może stać się to za kilka lat, ale równie dobrze może minąć znacznie więcej czasu. Nie można jednak zakładać, że skoro przez kilkadziesiąt lat nie doszło do dużego wycieku, to sytuacja pozostanie bez zmian.
Historia Stuttgarta pokazuje zresztą, że zagrożenie nie musi mieć spektakularnego początku. Paliwo może wydostawać się stopniowo i przez lata niszczyć środowisko znajdujące się wokół wraku.
Niemieckie wraki to problem całego Bałtyku
Bałtyk jest wspólnym ekosystemem. Zanieczyszczenie nie zatrzymuje się na granicy państwowej, dlatego bezpieczeństwo wraków powinno być traktowane jako problem międzynarodowy.
Polska ma szczególny interes w ochronie Zatoki Gdańskiej i własnego wybrzeża. To tutaj znajdują się wraki, które mogą zawierać ogromne ilości paliwa. Jednocześnie ich wojenne pochodzenie sprawia, że temat ma również wymiar historyczny.
Franken i Stuttgart nie są wyłącznie zatopionymi statkami. To pozostałości wojny, których konsekwencje mogą przetrwać znacznie dłużej niż pamięć o samych działaniach wojennych.
Dlatego pytanie nie powinno brzmieć wyłącznie: „czy wrak kiedyś zacznie przeciekać?”. Znacznie ważniejsze jest to, czy państwa odpowiedzialne za bezpieczeństwo Bałtyku zdołają usunąć zagrożenie, zanim dojdzie do kolejnej katastrofy ekologicznej.
A im dłużej będziemy czekać, tym trudniejsze i droższe może być rozwiązanie problemu.















Opublikuj komentarz